„Krew i złoto” to już ósma kronika wampirza – tym razem to Marius opowiada swą niebanalną historię, usuwając cienie zalegające nad rzymską częścią historii krwiopijczego rodzaju. Jest to powieść szczególnie cenna pod względem językowym (Rice naprawdę pokazuje tu cały swój literacki kunszt). Mierząc się z własną, odrobinę ubarwioną wersją historii świata, Anne prowadzi Mariusa przez Rzym, Konstantynopol i Wenecję, nie szczędząc opisów i klimatycznych zabiegów. W „Krwi i złocie” mamy do czynienia z postacią, która żyje tysiące lat – to doskonały pretekst, by pokazać i opisać historyczne epoki. Detale przemian od starożytności przez renesans do współczesności malują obrazy, których nie powstydziłby się sam Botticelli.
Pięknie też prezentuje się sztuka. Marius jest artystą i widzi obrazy przez pryzmat swego wampirzego – nadzmysłowego – postrzegania. Sztuka nabiera mistycznych barw i podczas lektury aż kusi, by czytać o niej, patrząc jednocześnie na rzeczywiste dzieła sztuki, wymienione w powieści. Autorka składa hołd renesansowi i samemu Botticellemu, opisując Odrodzenie jako inspirujący powrót do antycznych ideałów, które Rice wydaje się cenić bardziej niż późniejsze ludzkie dokonania w tym zakresie. Wraz z Mariusem możemy zachłysnąć się renesansem i tym, czego dokonano w tamtym okresie.
Atmosfera dekadencji, zarówno w upadającym Rzymie i rozkwitającej Wenecji naprawdę działa na wyobraźnię. Jest w niej przewrotna nuta, która sprawia, że tęsknimy za rzymskim otwartym domem Mariusa, czy spływającym złotem Bizancjum.
Marius to złożona i skomplikowana postać, która przenosi się ze starożytnego Rzymu do renesansowej Wenecji, traci ukochanego, zyskuje nową miłość, żyje nieśmiertelnym życiem i przeżywa objawienia. W pewnym sensie, lepiej się o nim czyta niż o Louisie czy Lestacie – spektrum oddziaływań Mariusa i jego światowość pozwalają na odkrycie jeszcze większej liczby tajemnic i sekretów.
Nie można jednak nie wspomnieć o pewnej wtórności wątków. Mimo, że Rice zabiera się za sporo wydarzeń, których nigdy jeszcze nie opisała (mogły być najwyżej wspomniane pośród kart poprzednich kronik), stali czytelnicy i fani autorki z pewnością poznali już wątek wenecki od strony „Wampira Armanda”. Jest to niestety powtórka z tego, czym uraczył nas młody uczeń Mariusa, tylko przedstawiona od strony mentora. Jest to pewien zgrzyt w tej interesującej, bądź co bądź, kronice.
Fanom Anne nie trzeba tej kroniki polecać. Być może ci, którzy czytali już „Wampira Armanda” będą mniej zaciekawieni, niż ci, którzy mają jeszcze tę książkę przed sobą. W zasadzie, jest to książka piękna, ale specyficzna w swoim patosie, tak więc lepiej najpierw zacząć od pierwszych kronik, by stopniowo wdrażać się w styl literacki autorki. Jest to jednak powieść na tyle oryginalna i intrygująca, że nawet początkujący mogą znaleźć w niej coś dla siebie – nawet jeśli ich droga będzie usłana cierniami, roże złagodzą ból.
Stało się. Nie podobała mi się książka Anne Rice. A kiedy mówię, że mi się nie podobała, była to najgorsza książka, jaką kiedykolwiek czytałam. Słowa nie oddadzą przerażenia, które czułam, zdając sobie sprawę, jak Ania sponiewierała Lestata. Dosłownie zrobiła mu krzywdę, dając mu nową osobowość, która nijak do niego nie pasuje, a nawet obrażą jego „ja” z poprzednich Kronik.
Lestat jest postacią, która obrosła wśród fanów wampirów wszelakich do rangi legendy. Nic dziwnego, można powiedzieć. Jest uwodzicielski, piękny, tajemniczy – niesforny łobuz w nieśmiertelnym ciele, który łaknie doznań i podziwu. Ale jest także arogancki, lekkomyślny i próżny. Czy kochamy go za wady równie mocno jak i za zalety? W każdym bądź razie, jakkolwiek by się przedstawiała sprawa, „Opowieść o złodzieju ciał” jest książką lestatocentryczną, nawet bardziej niż… tak, nawet „Wampir Lestat”. Ale po kolei, zaraz wyjaśnię co mam na myśli (zwłaszcza, że może się wydawać że plotę duby smalone, bo „Wampir Lestat” to Lestat w pigułce).